Wpisy z tagiem: Cannes 2010
sobota, 12 czerwca 2010
Recenzja: "Sound of noise"
"Sound of noise" stanowi rozwinięcie pomysłu z krótkometrażowego filmu "Music for one appartment and six drummers", który stworzył ten sam duet reżyserów. O ile w "Music..." nie było w zasadzie fabuły, o tyle w debiucie pełnometrażowym Szwedów akcja zgrabnie łączy zakręconą fabułę z niesamowitymi "występami" muzycznymi.
Amadeus pracuje jako policjant. Choć wywodzi się ze słynnej rodziny muzyków, sam nienawidzi muzyki i nie potrafi grać na żadnym instrumencie. Musi jednak stawić czoła grupie terrorystów, którzy chcą opanować miasto, by wykonać na nim utwór muzyczny, który na zawsze zmieni rzeczywistość. Brzmi jak najbardziej dziwnie, ale o to właśnie chodzi w "Sound of noise" i, co najważniejsze, ten pomysł się sprawdza. Mamy oczywiście wątek miłosny, ale najważniejsze w filmie są występy terrorystów - prawdziwe perełki. Są oni w stanie wydobyć dźwięki z przedmiotów w miejscach, które nigdy byśmy nie podejrzewali o takie właściwości "akustyczne" - sala operacyjna, bank.
Jedyne, co można zarzucić tej komedii to drewniane aktorstwo (zwłaszcza aktorów wcielających się w terrorystów) i końcówka, która nie ma takiej mocy jak reszta filmu. Ogólnie jednak "Sound of noise" pozostawia bardzo miłe wrażenie jako wciągająca i niebanalna filmowa rozrywka.
"Sound of noise" (2010), reż. Ola Simonsson/Johannes Stjärne Nilsson (Szwecja) ocena: +++/++++
wtorek, 08 czerwca 2010
Recenzja: "Año bisiesto" / "Rok przestępny"
Rok przestępny, rok w którym luty ma 29 dni. Na przestrzeni tylu dni rozłożona jest akcja tego filmu. Filmu, od którego trudno się uwolnić, który zapada w pamięć, choć równocześnie chciałoby się o nim jak najszybciej zapomnieć. "Rok przestępny" to niezwykłe, niepokojące dzieło nagrodzone Złotą Kamerą za najlepszy debiut reżyserski na tegorocznym Festiwalu w Cannes.
Laura (niezwykła i przekonująca w każdej scenie Monica del Carmen) jest dziennikarką, wolnym strzelcem. Całymi dniami przesiaduje w swoim mieszkaniu pisząc artykuły, częściej oglądając telewizję i podglądając sąsiadów. Wieczorami sprowadza przypadkowych mężczyzn, by uprawiać z nimi seks. Z jednym z nich, Arturo, zaczyna łączyć ją niecodzienna, masochistyczna relacja. Laura pozwala mu się bić, gwałcić, przyduszać, przypalać papierosami. Aż pewnego dnia składa mu nietypową propozycję, którą ten musi spełnić 29 lutego.
Reżyser nie ułatwia widzowi rozwikłania tajemnicy Laury. Domyślamy się, że bardzo kochała swego ojca, który umarł cztery lata wcześniej 29 lutego i który pozostawił na dziewczynie niezwykle ciężkie brzemię. Jej relacja z Arturo jest dla Laury sposobem na ponowne przejście przez piekło i szansą na (ostateczne) uwolnienie się od traumy. Prawdopodobnie w tym celu przyjechała z prowincji do stolicy. Ale rzeczywistość jest trudniejsza, niż mogłoby się Laurze zdawać. Dziewczyna żyje jakby w swoim świecie, z nikim nie utrzymuje głębszych więzi. Opowiada, że sąsiedzi są jej przyjaciółmi, choć zapewne nigdy z nimi nie zamieniła słowa. Jest wypalona wewnętrznie, pustkę stara się wypełnić jedzeniem i kompulsywnym seksem. Już pierwsza sekwencja filmu, jedyna nie dziejąca się w mieszkaniu Laury, daje do zrozumienia, że to jedyne rzeczy liczące się w jej życiu.
Ten szczery film utrzymuje widza w napięciu przez cały czas trwania seansu, choć akcja ograniczona jest tylko do jednego miejsca a w filmie gra tak naprawdę tylko trzech aktorów. "Rok przestępny" skłania do wielu przemyśleń, porusza niejedną strunę w duszy. Dawno nie widziałem tak odważnego filmu. I nie chodzi tu o to, że film obfituje w sceny brutalnego seksu. Reżyser miał odwagę powiedzieć coś o ludziach, o najbardziej skrywanych tajemnicach i traumach, które tak naprawdę mają decydujący wpływ na życie. Dla mnie ten film jest jak kubeł zimnej wody. Nie wiem, nie chcę wiedzieć, czym będzie dla ludzi, którzy przeszli przez podobny koszmar jak Laura.
Specjalne brawa należą sie Monice del Carmen za stworzenie niezwykłej kreacji kobiety zniewolonej przez zdarzenia z przeszłości. "Rok przestępny" , nakręcony przez Australijczyka mieszkającego w Meksyku, uświadamia także, że aby stworzyć świetny film wystarczy jedno mieszkanie, trzech aktorów, dobry pomysł i odrobina odwagi. Tylko tyle i aż tyle. "Año bisiesto" / "Rok przestępny" (2010), reż. Michael Rowe (Meksyk) ocena: ++++/++++
piątek, 04 czerwca 2010
Recenzja: "Somos lo que hay" / "Jesteśmy tym, czym jesteśmy"
"Somos lo que hay" to meksykański film, który miał swoją premierę w marcu na festiwalu filmów latynoamerykańskich w Guadalajarze, gdzie został zauważony przez selekcjonerów Festiwalu w Cannes i zaproszony do sekcji "Quinzaine des realisateurs". Niełatwo domyślić się, co ich zaintrygowało w tym filmie - temat kanibalizmu.
Kiedy umiera głowa rodziny, najstarszy syn - Alfredo - zmuszony jest do zajęcia jego miejsca, choć w ogóle się do tego nie nadaje i tak naprawdę nie ma na to ochoty. To siostra i porywczy brat nakłaniają go do zaopiekowania się rodziną. Jego głównym zadaniem jest zdobycie jedzenia - ludzkiego mięsa, które zostanie przyrządzone w czasie osobliwego rytuału. Jednak kolejne próby nie są zbyt udane, a charyzmatyczna matka nie jest zadowolona z faktu, że pierwszą ofiarą jest dziwka, gdyż jej mąż gustował właśnie w dziwkach. Tymi nieudanymi próbami bracia szybko ściągają uwagę fajtłapowatych policjantów, dla których to szansa na awans i premię.
Już sam ten opis - mam nadzieję - świadczy, że nie mamy do czynienia ze zwykłym horrorem, gdyż "Somos lo que hay" jest połączeniem elementów horroru z groteską. Choć utrzymany w całkowicie poważnym tonie, film momentami szczerze śmieszy. Generalnie nie lubię filmów łączących w sobie różne stylistyki, jednak reżyser "Somos" bardzo zręcznie łączy te różne tonacje. Film cały czas ciekawi, miejscami szokuje (pewnie dlatego, że nie oglądam pił i hosteli i dla mnie odrobina obrzydliwości jest wyzwaniem), nierzadko śmieszy, a przede wszystkim szczerze intryguje warstwą formalną - zwłaszcza scenografią i dźwiękiem.
Zastanawia w tym filmie obsesja na punkcie czasu - ojciec pracował jako zegarmistrz, w domu wszędzie są zegary, które nieustannie tykają i nie dają o sobie zapomnieć. Odnieść można także wrażenie, że rzeczony rytuał jest jedynym sposobem dla rodziny na przetrwanie, że jeśli nie będą go kontynuować, to niechybnie umrą. Nigdy jednak nie dowiemy się, dlaczego ten rytuał jest tak ważny ani skąd się wziął. "Somos lo que hay" / "Jesteśmy tym, czym jesteśmy" (2010), reż. Jorge Michel Grau (Meksyk) ocena: +++/++++
poniedziałek, 31 maja 2010
Recenzja: "La Mirada Invisible" / "Niewidzialne oko"
"La Mirada Invisible" to jeden z filmów prezentowanych w tym roku na Festiwalu w Cannes w sekcji Quainzaine des Realisateurs i kolejny argentyński film traktujący o niełatwej historii tego kraju, naznaczonej latami dyktatury. Oczywiście nie wszystkie filmy o tej tematyce mają podobny poziom, ale obok słabych ("El Secreto de Sus Ojos") można na szczęście spotkać jak najbardziej udane ("Cordero de Dios" i "La Mirada Invisible" właśnie).
Akcja filmu osadzona jest na początku lat 80., w przeddzień wybuchu wojny o Falklandy i upadku dyktatury. Marita zaczyna pracę w prestiżowej szkole kształcącej przyszłą elitę kraju. Wkrótce dostanie specjalne zadanie do wykonania - ma śledzić wszelkie przejawy nieposłuszeństwa, jednak za bardzo wczuwa się w swoją rolę tytułowego "niewidzialnego oka". Jej misja staje się jej obsesją i w końcu sposobem na wyładowanie seksualnego napięcia. Całymi godzinami przesiaduje w męskiej toalecie, aż w końcu zostaje osaczona przez wicedyrektora szkoły. ///spoiler/// Tutaj reżyser buduje ciekawą parabolę między polityką a seksem. Otóż po gwałcie w toalecie, którego dopuszcza się na Maricie wicedyrektor, bohaterka zabija swego oprawcę. Jest to jakby symboliczny akt odejścia starego systemu, tym bardziej, że sam gwałt i zabójstwo mają miejsce dokładnie w momencie zamieszek skierowanych przeciwko dyktaturze. \\\spoiler\\\
Reżyser perfekcyjnie buduje atmosferę szkole, pełną nieufności uczniów do nauczycieli (i nawzajem), gdzie jest miejsce jedynie na rygor, a wszelkie przejawy nieposłuszeństwa są surowo karane. Paradoksalnie, choć celem Marity jest śledzenie nieposłusznych uczniów, to ona sama, dodatkowo motywowana nierozładowanym napięciem seksualnym, jest takim elementem podburzającym. Proste zadanie staje się dla niej jedynym sposobem na odkrycie własnej seksualności (ale uwaga - w filmie nie ma ani jednej sceny "golizny", wszystko budowane jest za pomocą atmosfery i pozostawione jest wyobraźni widza). Przyznam szczerze, że w czasie seansu miałem nierzadko wrażenie, że takie podejście do tematu, łączące seks z polityką, jest nieco ryzykowne, ale nie da się ukryć, że to świadczy o sile tego filmu i, koniec końców, wydaje się jak najbardziej słuszne.
Oczywiście film nie jest pozbawiony pewnych wad, przede wszystkim w pewnym momencie intryga staje w miejscu, by ustąpić miejsca scenom podglądania uczniów w toalecie przez Maritę (nie będę zdradzał szczegółów, by nie zniechęcić co bardziej przewrażliwionych widzów). Jednak tym, co przez cały czas przykuwa naszą uwagę jest absolutnie fenomenalna kreacja Juliety Zylberberg w roli Marity. Za pomocą jednego spojrzenia, jednego gestu potrafi oddać to, co przeżywa jej zamknięta w sobie i spięta bohaterka.
Zastanawiam się, czy Argentyna wystawi ten film w walce o Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Wątpię, żeby przypadł on do gustu Amerykanom, ale bezsprzecznie jest to film niezwykle intrygujący i wart obejrzenia. "La Mirada Invisible" uzmysławia także niestety przepaść dzielącą polskie kino od innych kinematografii - w Polsce nikt nigdy nie odważy się nakręcić podobnego filmu, wszak o historii można opowiadać tylko podniośle i ze ściśniętymi pośladkami. "La Mirada Invisible" / "Niewidzialne oko" (2010), reż. Diego Lerman (Argentyna) ocena: +++/++++
sobota, 29 maja 2010
Recenzja: "Pal Adrienn" / "Adrienn Pal"
„Pal Adrienn” to drugi film w dorobku węgierskiej reżyserki, Agnes Kocsis i jeden z nielicznych filmów nakręconych przez kobietę, który miał swoją premierę na tegorocznym Festiwalu w Cannes. Film ten otrzymał nagrodę krytyków Fipresci dla najlepszego filmu prezentowanego w sekcji Un Certain Regard.
Główną bohaterką filmu jest Piroska (w tej roli debiutantka Eva Gabor), otyła pielęgniarka pracująca na oddziale paliatywnym jednego ze szpitali w Budapeszcie. Wydaje się, że Piroska jest całkowicie pozbawiona jakichkolwiek emocji, jest całkowicie zobojętniała na otaczające ją wydarzenia, nawet na śmierć, z którą w pracy ma styczność niemal na każdym kroku. Można by mniemać, że jedyną jej przyjemnością jest jedzenie – ale nawet spożywanie sporej ilości posiłków ma w sobie coś kompulsywnego.
///spoiler/// I tak w pewnym momencie monotonne życie Piroski zostaje zaburzone w dniu, kiedy do szpitala trafia pacjentka, Adrienn Pal. Tak właśnie nazywała się najlepsza przyjaciółka Piroski z dzieciństwa. Nasza bohaterka postanawia dowiedzieć się, co też się stało z Adrienn, gdyż ich przyjaźń zakończyła się w momencie nagłej przeprowadzki Adrienn. Jednak to zadanie wcale nie jest tak łatwe, jak można by się domyślać. Wprawdzie Piroska dociera do różnych osób (nauczycieli, znajomych ze szkoły), jednak każdy z nich przedstawia inną wersję. Niektórzy nawet twierdzą, że Piroska i Adrienn wcale nie były przyjaciółkami, inni wręcz, że ktoś taki jak Adrienn nigdy nie istniał. I właśnie wtedy zdajemy sobie sprawę, że Piroska chce tak naprawdę odkryć, co się stało z nią, a nie z Adrienn, wszak kiedyś była piękną i wesołą dziewczyną, a teraz jest pogrążoną w jakimś letargu zmęczoną kobietą, choć ma zaledwie nieco ponad 30 lat. Co się stało z tamtą Piroską, zdaje się pytać reżyserka. Odpowiedzi nie dostaniemy. \\\spoiler\\\
„Pal Adrienn” to film perfekcyjnie zrealizowany, ze świetnymi zdjęciami i reżyserią – każda scena jest starannie zainscenizowana. Jednak największe pochwały należą się Agnes Kocsis za niesamowite wykorzystanie dźwięku – reżyserka traktuje go na równi z obrazem i za jego pomocą dowiadujemy się naprawdę dużo o życiu Piroski. Rzadko spotykam się w kinie z takim pomysłowym wykorzystaniem dźwięku (inny przykład to filmy Andrei Arnold), który wciąż przez wielu reżyserów traktowany jest po macoszemu, wręcz jako zło konieczne. I na koniec, żeby nikt nie pomyślał, że „Pal Adrienn” to kolejne pesymistyczne snuje – w filmie nie brakuje elementów komediowych, które świetnie pasują do klimatu filmu. Na szczęście film nie ma w sobie nic z kina czeskiego, tak hołubionego w naszym kraju. To całkowicie inna liga. "Pal Adrienn" / "Adrienn Pal" (2010), reż. Agnes Kocsis (Węgry) ocena: ++++/++++
poniedziałek, 24 maja 2010
Złota Palma przyznana
Złotą Palmę dostał film "Lung Boonmee Raluek Chat" ("Wujek Boonmee, który może przywołać swoje przeszłe wcielenia"). Werdykt nie jest specjalnie zaskakujący, choć stawiałem jednak na najnowszy film Lee Chang-donga. Cieszę się, że tę nagrodę dostał film reprezentujący w zasadzie nieznaną kinematografię, zapewne odważny formalnie, odmienny od filmów dominujących na co dzień w kinach. Problem w tym, "Wujek Boonmee" nie ma najmniejszych szans na zgromadzenie wielkiej widowni i po raz kolejny niektórzy będą narzekać, że w Cannes nagradza się jedynie filmy artystyczne. Nie zdziwiłbym się, gdyby dzieło Apichatponga Weerasethakula w ogóle nie trafiło do dystrybucji w Polsce.
Jurorzy nagrodzili w sumie wszystkie najlepiej przyjęte filmy na festiwalu - z wyjątkiem "Another Year" Mike'a Leigh. Juliette Binoche stała się chyba jedyną aktorką nagrodzoną na trzech największych festiwalach na świecie - w Wenecji, Berlinie i teraz w Cannes. Wbrew moim wcześniejszym obawom, wydaje się, że pokazano w Cannes kilka dobrych filmów i festiwal wcale nie był tak słaby, jak można się było spodziewać. Równocześnie podkreśla się, że skecje poboczne (Semaine de la Critique i Quainzaine des Realisateurs, trochę mniej Un Certain Regard) były ciekawsze od konkursu głównego. Zlota Palma - "Loong Boonmee raleuk chat", reż. Apichatpong Weerasethakul Grand Prix - "Des hommes et des dieux", reż. Xavier Beauvois Nagroda Jury - "Un homme qui crie", reż. Mahamat-Saleh Haroun Aktorka - Juliette Binoche w "Copie Conforme" Aktor - Javier Bardem w "Biutiful" i Elio Germano w "La Nostra Vita" Reżyseria - Mathieu Amalric za "Tournee" Scenariusz - Lee Chang-dong za "Poetry" Złota Kamera za debiut reżyserski - "Ano Bisiesto", reż. Michael Rowe Nagrody Firpresci (krytyków): - "Tournee", reż. Mathieu Amalric (Konkurs Główny) - "Pal Adrienn", reż. Agnes Koscis (Un Certain Regard) - "Todos vos sodes capitans", reż. Olivier Laxe (Quainzaine des Realisateurs)
sobota, 22 maja 2010
Festiwal w Cannes zbliża się ku końcowi
Już jutro wieczorem przyznana zostanie Złota Palma (jak również pozostałe nagrody). W drugim tygodniu festiwalu najlepsze recenzje zebrały "Poetry" Lee Chang-donga i "Des hommes et des dieux" Xavier Beauvois, film o ostatnich dniach grupy mnichów zabitych w klasztorze w Algierii w latach 90. Bardzo dobrze przyjęty został także najnowowszy film tajskiego reżysera Apichatponga Weerasethakula. Większych emocji nie wywołał jedyny amerykański film w konkursie, "Faire Game" z Naomi Watts i Seanem Pennem. Spodziewanych emocji nie dostarczył także Sergiej Łożnica i jego "Moje szczęście". Zgdonie z moimi przeczuciami, Ken Loach podobno znowu nakręcił słuszny film, tym razem o wojnie w Iraku ("Route Irish"). Nie lubię jego filmów właśnie ze względu na to, że w każdym od początku wiemy, jaką jedynie słuszną prawdę chce nam objawić reżyser. Spośród filmów prezentowanych w sekcjach pobocznych bardzo dobrze przyjęto szwedzki film "Sound of noise", o którym pisałem już wcześniej i który mam nadzieję obejrzeć za dwa tygodnie podczas tzw. "reprise de la Semaine de la Critique" w Paryżu. Sporym wydarzeniem był także belgijski film "Illegal" o emigrantce z Białorusi, która walczy o opiekę nad synem w obozie dla uchodźców. A teraz czas na moje przewidywania laureatów 63. Festiwalu w Cannes: Złota Palma - "Poetry", reż. Lee Chang-dong
Grand Prix - "Loong Boonmee raleuk chat", reż. Apichatpong Weerasethakul
Prix du Jury - "The Housemaid", reż. Im Sang-soo
Aktorka - Lesley Manville - "Another Year", reż. Mike Leigh
Aktor - Javier Bardem - "Biutiful", reż. Alejandro Gonzales Inarritu
Reżyseria - Mahamat-Saleh Haroun za "Un homme qui crie"
Scenariusz - Xavier Beauvois i Etienne Comar za "Des hommes et des dieux"
Wydaje mi się, że wymienione powyżej filmy powinny podzielić między siebie nagrody, choć nie koniecznie w takim układzie, jaki przedstawiłem. Co jednak najważniejsze, brakuje zdecydowanego faworyta, równe szanse na Złotą Palmę daje się co najmniej czterem filmom. Ponadto, to walki mogą się jeszcze dołączyć ewentualnie "Moje szczęście", "Hors-la-loi" i "Szelid teremtes". Wśród najlepszych aktorek wymienia się także Yung Jun-Hee ("Poetry") i Juliette Binoche ("Copie conforme"), a wśród aktorów Lamberta Wilsona ("Des hommes et des dieux") i Xueqi Wanga ("Chongqing Blues"). Podobno jurorom najbardzie do gustu przypadły "Biutiful" i "Des hommes et des dieux", choć równie dobrze może się okazać, że te filmy jutro nie otrzymają żadnej nagrody. Pamiętajmy też, że jeden film może otrzymać w zasadzie tylko jedną nagrodę (gdyż nagrody aktorskie mogą iść w parze z nagrodą za scenariusz i Nagorodą Jury - czemu nie ze Złotą Palmą?), a Złota Palma nie może zostać przyznana ex-aequo. Tak więc gdyby jurorzy przyznali główną nagrodę "Biutiful", Javier Bardem nie mógłby otrzymać nagrody dla najlepszego aktora. Co ciekawe, choć głównym tematem tegorocznego festiwalu zdaje się być ojcostwo, to jednak panie stoczą większą batalię o nagrodę aktorską.
wtorek, 18 maja 2010
Festiwal w Cannes (prawie) na półmetku
Tegoroczny festiwal w Cannes jest na półmetku, przynajmniej pod względem dni - za nami 6 z 12 dni trwania festiwalu, choć dopiero 8 z 19 filmów konkursowych. Jak na razie najlepsze opinie zebrał film Mike'a Leigh "Another Year". Wszyscy są zgodni, że grająca w nim Lesley Manville jest jak na razie główną kandydatką do nagrody dla najlepszej aktrorki. Dziennikarzy podzielił z kolei prezentowany dzisiaj "Biutiful", najnowsze dzieło Alejandro Gonzalesa Inarritu, co pozwala podejrzewać, że film dostanie jakąś nagrodę (może nawet Złotą Palmę). Za to grę Javiera Bardema chwalą wszyscy bez wyjątku.
Od kilku już lat czytam różne relacje z festiwalu w Cannes i za każdym razem mam wrażenie, że krytycy francuscy i amerykańscy uczestniczą w dwóch różnych festiwalach, na których pokazywane są różne filmy. Otóż Francuzi bez wyjątku uważają francuskie filmy prezentowane w konkursie głównym za absolutne arcydzieła, które - wg nich - są głównymi pretendentami do Złotej Palmy. Szkoda tylko, że tuż po zakończeniu tejże imprezy, nikt już o tych filmach nie pamięta (żeby wspomnieć "Un conte de Noel", "Les herbes folles", "Les chansons d'amour", które wszystkie bez wyjątku zasługiwały podobno na najwyższe wyróżnienie w Cannes). Amerykańscy krytycy z kolei mają słabość do filmów amerykańskich, a jakże, choć na pewno nie taką skalę, jak Francuzi.
I tak w tym roku to film Mathieu Amalarica, "Tournee", jest największym przebojem wśród krytyków znad Sekwany. Dla formalności dodam, że film przeszedł raczej bez echa, sądząc z relacji innych oczywiście. Poza tym, za największą porażkę uznaje się na razie film Takeshi'ego Kitano "Outrage" (co ogólnie mnie cieszy, bo nie jestem jego fanem). Rozczarowała także "Aurora", trzygodzinny film Cristi Puiu. Z średnim entuzjazmem spotkał się "Pal Adrienn" Agnes Koscis, natomiast "La mirada invisibile" (jeden z najbardziej intrygujących filmów festiwalu, przynajmniej na papierze) podzielił krytyków, co oczywiście tylko czyni go jeszcze ciekawszym w moich oczach.
sobota, 08 maja 2010
10 najbardziej oczekiwanych filmów w Cannes
Oto lista dziesięciu najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tegorocznej edycji festiwalu w Cannes. Tak naprawdę tylko jeden czy dwa wzbudzają we mnie większe emocje, ale cały czas mam nadzieję, że gdzieś "czai" się film, o którym nikt nie mówi, a który będzie sensacją tego festiwalu. Kolejność filmów całkowicie przypadkowa: - "Biutiful" (reż. Alejandro Gonzales Inarritu, Hiszpania/Meksyk) - pierwszy film Inarritu nie napisany przez Guillermo Ariagę porusza temat stary jak kino: przestępca spotyka swojego przyjaciela, który okazuje się być teraz policjantem. W roli głównej Javier Bardem. /Konkurs główny/ - "Un homme qui crie" (reż. Mahamat-Saleh Haroun, Czad) - Adam pracuje w hotelu w Ndżamenie (stolicy Czadu), który zostaje przejęty przez Chińczyków. Adam musi zrezygnować z pracy, a jego stanowisko zajmuje syn. /Konkurs główny/ - "Poetry" (reż. Lee Chang-Dong, Korea Południowa) - Mija jest starszą panią, która żyje na prowincji ze swoim wnukiem i odkrywa piękno poezji. Jednak pewnego dnia musi stawić czoło drastycznym zdarzeniom, które burzą jej świat. /Konkurs główny/ - "Another Year" (reż. Mike Leigh, Wielka Brytania) - niestety, na razie nie wiadomo nic o tym filmie, jednak na dzieła Mike'a Leigh czekam zawsze z niecierpliwością. /Konkurs główny/ - "Moje szczęście" (reż. Sergiej Łożnica, Ukraina) - kierowca ciężarówki gubi się gdzieś w Rosji i spotyka różne osoby, dzięki którym odkrywa, że światem rządzi już tylko instynkt przetrwania. /Konkurs główny/ - "Pal Adrienn" (reż. Agnes Koscis, Węgry) - Piroska jest otyłą pielęgniarką pracującą na oddziale paliatywnym. Staje się obojętna na otaczającą ją śmierć. Pewnego dnia postanawia odnaleźć swoją przyjaciółkę z dzieciństwa. /Un Certain Regard/ - "Aurora" (reż. Cristi Puiu, Rumunia) - ten trzygodzinny film ma być na swój sposób kontynuacją "Śmierci pana Lazarescu". Czy równie udaną, okaże się już niebawem. /Un Certain Regard/ - "La mirada invisibile" (reż. Diego Lerman, Argentyna) - akcja filmu dzieje się w czasach dyktatury w Argentynie w latach 80. Marita zostaje nauczycielką w prestiżowej szkole w Buenos Aires. Dyrektor namawia ją, by donosiła mu o wszystkim, co ma miejsce w szkole. /Piętnastka reżyserów/ - "Sound of noise" (reż. Ola Simonsson/Johannes Stjarne Nilsson, Szwecja) - Amadeus jest policjantem. Pochodzi ze słynnej rodziny muzyków, ale sam nienawadzi muzyki. Musi ścigać grupę terrorystów, którzy chcą wykorzystać miasto jako instrument muzyczny, na którym wykonają utwór apokaliptyczny. (Tydzień krytyki) - "The Housemaid" (reż. Im Sangsoo, Korea Południowa) - remake klasyki kina koreańskiego z Jeon Do-Youn w roli głównej (nagroda dla najlepszej aktorki w Cannes 2007) /Konkurs główny/
Większość opisów zaczerpnąłem z oficjalnej strony Festiwalu w Cannes. Ciężko teraz wskazać, który film wygra, choć na razie obstawiałbym "Un homme qui crie".
sobota, 24 kwietnia 2010
Oficjalna selekcja Cannes 2010
Oficjalna lista filmów walczących o Złotą Palmę podczas tegorocznej edycji festiwalu w Cannes została ujawniona już w zeszłym tygodniu, ale dopiero dwa dni temu ogłoszono jej ostateczną wersję. Szczerze mówiąc, nie mam szczególnej ochoty o tym pisać, gdyż tegoroczna selekcja nie wygląda zbyt intrygująco, przede wszystkim ze względu na nieobecnych. I tak Thierry Fremaux, dyrektor festiwalu, zaproponował Julianowi Schnablowi pokazanie jego najnowszego filmu "Miral" poza konkursem głównym, na co ten się nie zgodził. W ten sposób "Miral" zostanie pokazany w Wenecji i Toronto, co w sumie zapewne wyjdzie filmowi na dobre, zważywszy na to, że Cannes odrzuciło wcześniej takie filmy jak "Vera Drake" i "Tajemnica Brokeback Mountain", a wiemy dobrze, że zrobiły one sporo zamieszania podczas Oscarowego sezonu. Mam przeczucie, że nie inaczej będzie z "Miral".
W Cannes nie zostanie pokazany również "The Tree of Life" Terrence'a Malicka, gdyż film ten nie został jeszcze ukończony. Zabrakło również "Rabbit Hole" Johna Camerona Mitchella, którego poprzednie filmy znalazły miejsce w sekcjach pobocznych Cannes. Zresztą można odnieść wrażenie, że najciekawsze filmy zostaną pokazane w sekcji Un Certain Regard - przede wszystkim "Aurora" Cristi Puiu, autora pamiętnej "Smierci pana Lazarescu" oraz "Adrienn Pal" Agnes Koscis. Aż trudno uwierzyć, że to będzie w zasadzie jedyna reżyserka, jaka pokaże swój film w oficjalnej selekcji w Cannes. Żadna kobieta nie walczy w tym roku o Złotą Palmę (!!!), jedna (Koscis właśnie) pokaże swój film w sekcji Un Certain Regard, a trzy pokażą swoje filmy dokumentalne na seansach specjalnych. I to zdarza się w roku, kiedy po raz pierwszy kobieta zdobyła Oscara za najlepszą reżyserię. Dodajmy jeszcze, że w dziewięcioosobowym jury zasiądą tylko dwie kobiety (rok temu było ich pięć...) - Giovanna Mezzogiorno i Kate Beckinsale (w ogóle nie rozumiem, czym sobie zasłużyła na ten zaszczyt, bo na pewno nie swoimi dokonaniami aktorskimi). Najdziwniejsze jest zresztą to, że zdecydowana większość kobiet zasiadających w jury w Cannes to aktorki, tak jakby nie było kobiet reżyserek/scenarzystek/operatorek etc.
Mniej więcej na tydzień przed rozpoczęciem festiwalu zostanie ustalony harmonogram projekcji, wtedy też przedstawię w skrócie fabułę poszczególnych filmów walczących o Złotą Palmę w tym roku. Tych filmów jest w tym roku zaledwie 18, z czego jeden został przeniesiony z sekcji Un Certain Regard do konkursu głównego. Czyżby selekcjonerzy naprawdę nie mieli w czym wybierać? A oto 18 szczęśliwa osiemnastka: - "Tournee" (reż. Mathieu Amalric) - Francja - "Des hommes et des dieux" (reż. Xavier Beauvois) - Francja - "Hors la loi" (reż. Rachid Bouchareb) - Algieria/Francja - "Biutiful" (reż. Alejandro Gonzales Inarritu) - Meksyk/Hiszpania - "Un homme qui crie" (reż. Mahamat-Saleh Haroun) - Czad - "The Housemaid" (reż. Im Sangsoo) - Korea Południowa - "Copie conforme" (reż. Abbas Kiarostami) - Francja/Włochy - "Outrage" (reż. Takeshi Kitano) - Japonia - "Poetry" (reż. Lee Changdong) - Korea Południowa - "Another Year" (reż. Mike Leigh) - Wielka Brytania - "Fair Game" (reż. Doug Liman) - USA - "Moje szczęście" (reż. Sergiej Loznica) - Ukraina - "La nostra vita" (reż. Daniele Luchetti) - Włochy - "Spaleni słońcem 2" (reż. Nikita Michałkow) - Rosja - "Tender son - The Frankenstein Project" (reż. Kornel Mundruczo) - Węgry - "La Princesse de Montpensier" (reż. Bertrand Tavernier) - Francja - "Chongqing Blues" (reż. Wang Xiaoshuai) - Chiny - "Long Boonmee Raluek Chat" (reż. Apichatpong Weerasethakul) - Tajlandia |
Ostatnie wpisy
Tagi
|